Arcade Fire – Reflektor

ARCADE-FIRE-REFLEKTOR2

   Muzyka dla każdego zdaje się być w tym samym momencie również muzyką dla nikogo – często przy okazji list przebojów mamy do czynienia z graniem tyleż przystępnym, co po prostu miałkim, słabym, nieciekawym, w najlepszym przypadku nadającym się do zanucenia pod prysznicem. Z tego też powodu odkrywając Arcade Fire, spodziewałem się czegoś absolutnie nieinteresującego i nudnego jak flaki z olejem. Doskonały Funeral okazał się być przemiłym zaskoczeniem i wyłamaniem się ze stereotypu zwyczajnej muzyki popularnej. Tym bardziej słysząc utwór tytułowy z nowego albumu zespołu można się poważnie zdziwić – bogowie indie rocka nie zdecydowali się pozostać przy starej, świetnej formule. Obracając się wciąż w ramach swojej sprawdzonej stylistyki postawili bardziej na rocka samego w sobie i… funka.

    To właśnie pierwszy utwór, Reflektor, wprowadza nas w klimat całości. Prosta, ale atrakcyjna dla ucha perkusja wzbogacana uderzeniami w tomy, dwa wokale, groove’ujący bas, podkreślająca całość gitara i przebojowy refren. Kolejne momenty to miejsce na improwizacje, zmiany tempa, puszczenie kompozycji na głębokie wody. Piorunujące wrażenie trwa aż siedem i pół minuty, od początku do końca. Trudno się dziwić, że ta piosenka dzieli tytuł razem z całym albumem. Aż boję się pomyśleć, jak to wygląda na koncertach.

   Genialne wrażenie utrzymuje się przez następne utwory, a szczyt moich zachwytów przypada na zdecydowanie najciekawsze Here Comes the Night Time. Po szybkim intrze sugerującym dynamiczny, „do poskakania”, kawałek tempo radykalnie zwalnia i, idąc w parze z coraz ciekawszymi pomysłami, utrzymuje się niemal do samego końca, by w ostatniej fazie znów wybuchnąć i zaskoczyć słuchacza. To, co na pewno jest zauważalne i namacalne to ogrom pracy, jaki muzycy Arcade Fire włożyli w powstanie tych utworów. Brzmi to tak, jakby przyświecała im zupełnie inna myśl niż przy tworzeniu albumu takiego, jak Funeral. Tutaj niemalże odbierana zmysłami jest idea tworzenia kompozycji epickich, doskonałych, zaskakujących.

   Tego typu zdziwienia towarzyszą nam w sporych ilościach dając jednocześnie do zrozumienia, że Arcade Fire to zespół szalenie dojrzały, niebojący się wrzucania do jednego worka patentów teoretycznie niemożliwych do połączenia. Całość sprawia najzwyczajniej w świecie mnóstwo radości płynącej z każdego dźwięku. Czy tak jest przez cały album? Niestety nie. Od Here Comes the Night Time II atmosfera staje się jeszcze bardziej progresywna, mniej dynamiczna, a uczucie początkowego „wow” nieco się ulatnia by pod sam koniec zostawić słuchacza z nieco mieszanymi uczuciami. Nie oznacza to, że druga połowa Reflektora jest zła, wręcz przeciwnie – kawałek taki, jak It’s Never Over (Oh Orpheus) zasługuje na spore wyróżnienie. Problemem staje się fakt, że w pierwszej kolejności na setliście znajdują się kompozycje najlepsze, dynamiczne, zrywające skarpety ze stóp, a w następnej kolejności do uszu docierają dźwięki „jedynie” dobre.

Arcade-Fire-006

   Jak jednak całość wypada w porównaniu z wcześniejszymi tworami Arcade Fire? Z pewnością jest bardziej mięsiście, profesjonalnie i progresywnie. Kompozycje znacznie się wydłużyły tworząc przestrzeń dla improwizowanych dźwięków produkowanych przez członków grupy. Ciężko tu znaleźć charakterystyczną dla poprzednich wydawnictw rozbrajającą przypadkowość i wszechogarniającą sympatię bijącą z muzyki, każdy dźwięk ma tutaj swoje określone miejsce. To tak, jakby ktoś przeprowadził się z uroczej, wiejskiej chatki do zapierającego dech w piersiach miasta. Pozostawiając kwestię tego, gdzie kto woli mieszkać, jest wielce prawdopodobne, że tęsknota za unikalnością drewnianego szałasu na łonie natury przysłoni inżynierską precyzję, tak bardzo niezbędną przy budowie tętniących życiem wieżowców. Czy jest to muzyka dla każdego? Pewnie. Jest świetna, bardzo dobrze wypełnia ciszę i daje sporo radości. Czy jest to muzyka dla nikogo? Mimo minimalnego wyprania jej z emocji względem poprzednich wydawnictw należy powiedzieć twarde i zdecydowane: „e tam, nie jest”. Słuchać!

Ocena: 4/5

Arcade_Fire_by_mcinnis

Advertisements

Gojira!

gojira_band_big

     Francuzi! Fall Gelb, tchórze, antyfani języka angielskiego, dystyngowani reprezentanci sfer wyższych, Paryż, wieża Eif… GOJIRA! Czterech żabojadów zainteresowanych ogólnie rzecz biorąc ochroną środowiska, genezą życia, kosmosem i tematami abstrakcyjnymi, inspirując się w dużej mierze legendarnym Meshuggah, zakłada jeden z najbardziej znaczących zespołów death metalowych ostatnich lat odcinając się od ścieżki wyznaczonej przez swoich poprzedników, tworząc muzykę tak samo połamaną rytmicznie, jak i naładowaną ze wszech stron emocjami.

  Pomijając pierwszą fazę działalności zespołu (kiedy ten nosił nazwę Godzilla i nagrywał epki nawiązujące do bardziej klasycznego deathu) oraz historię grupy w ogóle (można o niej poczytać… wszędzie) skupmy się na tym, czym Gojira jest od 2000 roku, a także na jej najjaśniejszych stronach.

     Co wyróżnia twórczość anglojęzycznych (cóż za zaskoczenie!) Francuzów pośród innych deathowych zespołów jest przykładanie ogromnej wagi do połamanego metrum napędzającego kolejne takty rozbudowanych kompozycji. Będąc przy kwestii długości każdego z utworów warto wspomnieć o nieco innym niż powszechne spojrzeniu na progresywę i death metal w ogóle. Mamy tu naturalnie dwie gitary, tony flażoletów, dbający o doły bas i blastującego perkusistę. Jest growl, szybkie tempo, tremolo picking, agresja. A solówki? Ano właśnie, nie ma solówek.

     Gojira+Joe+Duplantier

     Dokładając do tej ogólnej charakterystyki zmieniającą się z albumu na album tematykę tekstów (ochrona środowiska, fascynacje kulturą wschodu, natura, początek istnienia, istota ludzka i jeszcze raz ochrona środowiska) dostajemy zespół oryginalny, brutalny, wyróżniający się właściwie wszystkim – połamanymi riffami, ogromną ilością naturalnych i wymuszonych flażoletów, perkusją dyktującą warunki w sporej części kompozycji, niezwykłym wokalem i tematyką zgoła inną, niż, potwornie generalizując, krojenie martwych płodów. Kto nie zna (są tacy?) – atakować. Gojira to nie tylko death metal, to również tona emocji, więc wszelkie zarzuty o to, że muzyka Francuzów jest darciem japy można sobie… zutylizować.

Gojira:

Joe Duplantier – gitara, wokal

Mario Duplantier – perkusja

Christian Andreu – gitara

Jean-Michele Labadie – bas

Sugerowana kolejność słuchania albumów:

The Way of All Flesh –> From Mars To Sirius –> L’Enfant Sauvage –> Terra Incognita –> The Link

Playlista:

Blue Daisy – An Emperor’s Tale EP

bluedaist

  Ktoś pamięta jeszcze test spacerowy, który pomagał w ocenie najnowszego wydawnictwa polskiego Blindead? Jeśli tak, to przy okazji nowej epki Blue Daisy należy zrobić to samo. Poczekać na deszcz, ciemność, uzbroić się w słuchawki i, obserwując światła samochodów odbijające się na mokrej nawierzchni, zanurzyć się w nastrój smutku, melancholii i beznadziei.

  Na opisywany minialbum jednoosobowego Blue Daisy trafiłem przypadkiem, nie znając dotychczasowego dorobku artysty (jeden album, The Sunday Gift z 2011 roku). Mnóstwo jest jednak płyt z pozoru podobnych do An Emperor’s Tale. Co zatem powoduje absolutny szczękopad przy każdym przesłuchaniu najnowszej pracy Blue Daisy i co spowodowało, że przypadkowe odkrycie artysty przerodziło się w fascynację? Odpowiedź znajduje się poniżej.

  To, co wyróżnia opisywane wydawnictwo na tle innych z gatunku ambient, downtempo czy post-rock to niezwykle oryginalna mieszanka muzyczno-stylistyczna. Jest to album koncepcyjny, wszystkie utwory są ze sobą połączone, a każdy z tytułów nawiązuje do tytułowego cesarza. Muzyka jest niezwykle mroczna, tajemnicza i osobista. Idealnie balansuje między gatunkami nie doprowadzając do znanego z ambientu rozmycia, charakterystycznego dla downtempo minimalizmu czy obecnej niekiedy w post-rocku nudy.

  Dostrzec tu można spore spektrum instrumentów, które, choć są w muzyce współczesnej powszechnie wykorzystywane, sprawiają tutaj wrażenie różnorodności, a ich brzmienie jest wszechobecne. Co jednak wnosi album na wyżyny melancholijnego klimatu to ogromna ilość sampli zapętlających krótkie wypowiedzi. Największym zaskoczeniem okazuje się być pierwszy utwór, który opowiada nam pewną historię zaczynając niskimi dźwiękami wydobywającymi się z wiolonczeli by później dodać powolny bit i powtarzające się w kółko słowa wypowiadane przez zmodyfikowany cyfrowo głos. Na koniec jesteśmy atakowani ścianą ambientowych dźwięków, a kiedy membrany głośników znów poruszane są przez uderzenia perkusji zdajemy sobie sprawę, że zaczął się już kolejny etap An Emperor’s Tale logicznie kontynuujący poprzedni fragment.

  Album zdaje się nas przenosić do miejskiej, ciemnej i zalanej deszczem dżungli, a każdy poszczególny utwór zabiera słuchacza w podróż na inną ulicę, pokazując różne wydarzenia oraz cały wachlarz emocji – od tych pozytywnych, wzbudzających zainteresowanie, do negatywnych, tych, które musimy doświadczyć nie mając na to żadnego wpływu. Sączące się z głośników nonszalanckie, improwizowane dźwięki saksofonu przywodzą na myśl bogaty zakątek pewnej miejscowości, pełen świecących neonami sklepów, upstrzony mniej lub bardziej orientalnymi restauracjami. Jednak nagle, w przeciągu paru sekund nastrój się zmienia i całkowicie studzi nasz zapał. To tak, jakby przechadzając się wśród zadowolonych z siebie bogatych ludzi ujrzeć leżącego na ziemi bezdomnego, nie mającego żadnej nadziei na lepsze jutro. Taka właśnie jest muzyka na An Emperor’s Tale.

Blue+Daisy

  Mimo nasuwających się od razu z tą muzyką skojarzeń (a zakładam, że moje są tylko jednymi z wielu) nie jest to dzieło oczywiste, żadna z przekazywanych przez Blue Daisy emocji nie daje się zamknąć w pewne oczywiste klamry, dlatego też warto raz jeszcze wspomnieć o tym, że jest to dzieło niezwykle indywidualne. Dźwięki zapewniające tak wiele wrażeń w tak małym odstępie czasu pozostaną, naturalnie, w swojej niszy gatunkowej i trudno będzie im zapewnić szerszą publiczność. Pomimo tego, Blue Daisy zasługuje na o wiele większy rozgłos, bowiem jest to jedna z ciekawszych rzeczy, jaką dane mi było usłyszeć w 2013 roku.

Ocena: 4,5/5

Blue+Daisy+BlueDaisy1

Corrections House – Last City Zero

382995

     Scott Kelly założył nową supergrupę! – słyszę. Rzucam się do komputera szukając nagrania z koncertu zastanawiając się jednocześnie, co jeszcze frontman Neurosis może wymyślić. No bo, bądźmy realistami, co można jeszcze wykombinować po blisko 30 latach grania, darcia japy i siedzenia w klimatach, ogólnie rzecz biorąc, sludge’owo-doomowych?

     Buforowanie. Włącza się. Scott Kelly stoi w czarnym kombinezonie z logo zespołu, a pod filmem widnieje nazwa zespołu – Corrections House. A zaraz obok lidera Nerwicy ryczy Mike IX Williams z Eyehategod, za syntezatorem stoi Sanford Parker z formacji Minsk, a swoje miejsce na scenie kawałek dalej ma Bruce Lamont (Yakuza) grający na saksofonie. Mało? Panowie grają industrial. Wciąż mało? Robią to po prostu bezbłędnie.

     Co zatem tutaj znajdziemy? Jest konkretnie i absurdalnie – industrial, folk, sludge, a to wszystko wykończone dźwiękami płynącymi z saksofonu. Ten słychać już w pierwszej kompozycji – Serve or Survive. W całym, ośmiominutowym post-metalowym kawałku słychać bardzo wyraźnie, co zespół chce nam zaoferować. Jest to brzmiący bardzo świeżo side-project w pełnym tego słowa znaczeniu, coś zupełnie inny niż to, czym każdy z panów raczył słuchaczy w swoim macierzystym zespole. Powtarzający się w intrze utworu riff grany na czystym kanale Scottowego Marshalla buduje klimat razem z ambientowymi wstawkami powstałymi na syntezatorze Sanforda Parkera. Po chwili wchodzi ciężki bit, przesterowane gitary oraz wokal utrzymujący się w niskich rejestrach. Co za połączenie, co za klimat! Tego trzeba po prostu posłuchać. Co więcej, każdy z muzyków wpasował się idealnie w ustalone założenia, żaden z panów nie zdominował swoją osobą projektu. Gitary są zdecydowanie brudniejsze od tych znanych z Neurosis, jednoosobowa sekcja rytmiczna przywodzi na myśl dokonania Godflesh a do tego całego zgiełku swoje trzy grosze wprowadza znakomity Bruce Lamont, który bardzo chce zaistnieć w industralnym, hałaśliwym syfie swoim saksofonem. Jest świetnie. Co nas czeka dalej?

     Kolejna kompozycja, Bullets and Graves, to totalne zaskoczenie. Ze znanej i lubianej szkoły pisania utworów powolnych skręcamy w energetyczną fuzję industrialu i hardcore’u. Tutaj zdecydowanie najbardziej zadziwia lubujący się w doomowo-folkowych klimatach Scott Kelly. Po kilkunastu przesłuchaniach tej petardy wciąż nie jestem w stanie go sobie wyobrazić piszącego tak szybkie riffy. W osłupienie wprowadza też wrzask Williamsa, a całość spina w klamrę i mocno trzyma rytm Parkera. Uff, wystarczy. Zdziwienie na twarzy utrzymuje się przez zaledwie 160 sekund, tyle bowiem trwa ta nieokiełznana fala dźwięków. Co następuje później? Powracamy do znanej już powolnej mieszanki gatunkowej w wykonaniu Corrections House.

     Party Leg And Three Fingers nieodparcie kojarzy się z klasycznym doom metalem. Przy pierwszych dźwiękach gitary starzy wyjadacze poczują się jak w domu, są one bowiem niemal identyczne z przesterem wygenerowanym w utworze Satanic Rites of Drugula autorstwa Electric Wizard. Jest to pierwsza kompozycja, w której słuchacz zostaje wrzucony na głęboką wodę. Nie ma już swojego rodzaju przebojowości z Serve or Survive, a tempo znacznie ustępuje Bullets and Graves. Co mamy zamiast tego? Powtarzający się przez 7 minut gitarowy riff oraz towarzyszący mu bit. Gwoździem programu w tym przypadku jest opętańczy wokal Mike’a IX Williamsa, który wnosi kompozycję na wyższy poziom psychodelii. Podobnymi cechami odznacza się również Dirt Poor And Mentally III. Oba kawałki są zdecydowanie najcięższymi i najbardziej bezkompromisowymi elementami albumu. Tutaj zarówno gitara, jak i tworzone przez Parkera bity stanowią brudne tło dla popisującego się Williamsa oraz pojawiających się okazjonalnie sampli.

Corrections-House

     Czas na zmianę miejsc za mikrofonem. Po hałaśliwym wrzasku lidera Eyehategod prym wiedzie świetnie śpiewający Scott Kelly odkładający również na moment swoją elektryczną gitarę, by wydobyć trochę dźwięków z pudła rezonansowego. Efekt? Folk w najczystszej postaci z wszechobecnym, dyktującym na saksofonie melodię Brucem Lamontem. Czym byłby jednak debiutancki album Corrections House bez zaskakiwania w każdej minucie? Muzycy supergrupy też musieli sobie postawić to pytanie, co skutkuje niezwykle płynnym przejściem z cieple brzmiącej gitary akustycznej z powrotem do surowych, przesterowanych brzmień. A temu wszystkiemu wciąż towarzyszy ciepła barwa głosu Kelly’ego.

     O górowaniu brudu nad przyjemniejszymi dla ucha, czystszymi rejestrami nie może być też mowy w Hallows Of The Stream, kolejnej kompozycji, w której najważniejszy jest lider Neurosis oraz wytrwale akompaniujący mu saksofon. Znalazło się też miejsce dla stonowanej sekcji rytmicznej, która razem z wyżej wymienionymi elementami tworzy mroczny, ale jednak lżejszy niż w przypadku Party Leg And Three Fingers czy Dirt Poor and Mentally Ill klimat. Chwila wytchnienia od atakującej ściany dźwięku należy się każdemu, o czym świadczy również tytułowy Last City Zero oparty na monologu Mike’a IX Williamsa i zaledwie jednym motywie granym non stop na czystym kanale gitary elektrycznej.

corrections-house-2-Photo-by-JJ-Koczan

     Czas zamknąć to dzieło w pewne ramy. A, jak ktoś mądry powiedział, najważniejsze jest, by mocno zacząć i tak samo mocno skończyć. Ekipa Corrections House wzięła sobie te słowa do serca atakując odbiorców na koniec kompozycją Drapes Hung by Jesus. Jest to swojego rodzaju powrót to najbrutalniejszych kompozycji na albumie (powolny, kroczący bit i sączące się z głośników gitary), jednak całość jest o wiele bardziej post-metalowa i ambientowa. Początkowy industrial zamienia się pod koniec we wszechogarniające płaszczyzny dźwięku budowane przy pomocy syntezatora i saksofonu, a na pierwszym planie pojawia się znany z Eyehategod wokal wykrzykujący kolejne linijki tekstu spychając muzykę na dalszy plan. Przesterowany wrzask Williamsa zostaje wreszcie sam, by wypowiedzieć ostatnie słowa monologu. Potem następuje cisza. Koniec. To już wszystko.

     Ciężko przy okazji opisywania Corrections House uniknąć skojarzeń ze Shrinebuilder, poprzednią supergrupą, w której brał udział Scott Kelly. Cóż, Shrinebuilder to taki dobrze wysmażony schabowy, coś, co wszyscy znają i kochają, ale jednocześnie album, który jakby zginął w potoku innych tego typu wydawnictw. Przedstawicieli Neurosis, Minsk, Eyehategod i Yakuzy połączył jakby nowy zastrzyk inspiracji, nagłe olśnienie, ideologia. Zamiast ubrać swoje brudne, flanelowe koszule zakładają czarne kombinezony, okraszają swoje występy wymyślnymi artworkami i pokazują nam wszystkim, jak się powinno przecierać szlaki dla potomnych, nie szukając jednocześnie wielkiego rozgłosu, po prostu grając. Supergrupa idealna. Brawo!

Ocena: 4,5/5

corrections-house-symbol-e1357235038412

Akira Yamaoka

Silent+Hill+2+Original+Soundtracks+Silent+Hill+2+png

     Kto uważa, że gry wideo to strata czasu i kompletnie nieartystyczna forma spędzania wolnego czasu niedająca się wpisać w ramy sztuki – ten frajer. Powszechne przekonanie, że w gry grają tylko gimnazjaliści lub nieradzące sobie z życiem nerdy jest tak samo mylne jak utrzymywanie, że elektroniczna rozrywka jest wynaturzona, bezuczuciowa i pozbawiona wszelkich uczuć wyższych na postawie obserwacji tytułów takich, jak Grand Theft Auto, Call of Duty czy Neefor Speed. Powstrzymuję od razu wszystkich fanów gier – nie obrażam wyżej wymienionych produkcji, a ich nazwy podaję po to, by uwypuklić stereotypowe patrzenie na tę gałąź rozrywki.

     Jak więc to wygląda naprawdę? Nie zagłębiając się w szczegóły – jest całe mnóstwo produkcji, które są niczym książki. Pomijając wszelkie tytuły z gatunku RPG, gdzie rozbudowana fabuła i popychająca całość zdarzeń historia to podstawa, skupmy się na jednym, w moim odczuciu najważniejszym tworze w historii gier wideo, w którym to właśnie klimat i historia odgrywały pierwsze skrzypce – Silent Hill.

Akira+Yamaoka+PNG

     Nie zamierzam mimo wszystko rozpisywać się o wszystkich zaletach tego tytułu – nie wspomnę o grafice, gameplay’u, czy opowiedzianej historii. O tych wszystkich aspektach można z powodzeniem przeczytać w internecie na wielu bardziej lub mniej fanowskich stronach poświęconych sadze spod skrzydeł Konami. Mówiąc najbardziej zwięźle – jest to horror najwyższej klasy. A jeśli napotykamy horror, wielce prawdopodobne jest, że wraz z przerażającymi obrazami do naszych uszu trafi ambient. Najlepiej dark ambient. A za ten już odpowiedzialny jest Akira Yamaoka. Człowiek, który w ekipie Konami chciał początkowo być grafikiem, a został twórcą jednych z najbardziej cenionych ścieżek dźwiękowych do gier w historii.

     Ten artysta nie może być pominięty przez nikogo. Nie znać autora najlepiej ocenianego soundtracka w historii (Silent Hill 2 OST -średnia ocen 3.97/5 wg rateyourmusic.com) to skandal.

Promise z Silent Hill 2 OST

Tender Sugar z Silent Hill 4 OST

Sickness Unto Foolish Death z Silent Hill 3 OST

Theme of Laura z Silent Hill 2 OST

True z Silent Hill 2 OST

Letter from the Lost Days z Silent Hill 3 OST

Room of Angel z Silent Hill 4 OST

Silent_Hill_Signature_by_slajmballe

Today is the Day

Today-Is-the-Day-Temple-of-the-Morning-Star

     Nie wiem jak innym, ale mnie zespoły, w których frontman dobiera sobie coraz to nowy line-up zmieniający się właściwie z każdym kolejnym albumem, kojarzą się z absolutnym geniuszem, wizjonerstwem i paniką na dźwięk słowa „rutyna”. Tak właśnie postępuje Steve Austin i taki właśnie jest Today is the Day, dinozaury noise’u, zespół w pewnych kręgach kultowy.

     Mówiąc „w pewnych kręgach” mam na myśli dość wąską niszę, otwartą na dźwięki specyficzne, brudne, ostre, niekiedy nawet kakofoniczne. Nie oznacza to jednak, że pierwszy odsłuch Today is the Day to od razu rzucanie się na głęboką wodę i musi zakończyć się skrzywieniem. Wymieniam po kolei najlepsze i, według mnie, najbardziej przystępne utwory, od których warto zacząć machanie głową w nieco innym rytmie. W rytmie Today is the Day.

Expectations Exceed Reality z albumu Pain is the Master (2011)

Temple of the Morning Star (acoustic) z albumu Temple of the Morning Star (1997)

Crooked z albumu Sadness Will Prevail (2002)

The Color of Psychic Power z albumu In the Eyes of God (1999)

Six Dementia Satyr z albumu Supernova (1993)

No Lung Baby z albumu Axis of Eden (2007)

Butterflies z albumu Sadness Will Prevail (2002)

 

SteveAustinDavidHallLow

Żywe Legendy: Melvins (część 2)

Etap drugi

     Szczyt popularności. Wkraczamy teraz w bardziej czysto historyczną część artykułu, traktowaną już bardziej po macoszemu w porównaniu z tą, w której opisany był wpływ Melvins na otaczającą ich alternatywną scenę. Ta część będzie się skupiała głównie na albumach Stoner Witch, Stag oraz The Maggot. Postaram się przybliżyć najciekawsze utwory ze wszystkich trzech wydawnictw.

Album: Stoner Witch

Rok wydania: 1994

Średnia ocen na rateyourmusic.com: 3.71

     Wydany w 1994 roku krążek Stoner Witch był zdecydowanym zrezygnowaniem z przytłaczającego ciężaru panującego na Houdini. Jest tutaj zdecydowanie mniej utworów ciężkich, wolnych, posępnych, a więcej lekkich, melodyjnych, nadających się do ‘puszczania’ w muzycznej telewizji (co zresztą miało miejsce). Do takich na pewno zaliczyć można Queen, Revolve (wracając do kwestii wpływów, można zauważyć spore podobieństwo między intrem tego utworu, a początkiem Blood and Thunder Mastodona) czy też Roadbull. Mimo braku brudu i przytupu, jaki towarzyszył poprzedniemu krążkowi, panów z Melvins wciąż jednak nie opuścił humor, czego przykładem są kompozycje takie, jak Sweet Willy Rollbar lub Goose Freight Train. Kończący album Lividity świadczy o świeższym i mniej radykalnym podejściu do drone’u, niż miało to miejsce na Lysol.

Album: Stag

Rok wydania: 1996

Średnia ocen na rateyourmusic.com: 3.61

     Dwa lata później przyszła pora na Stag. W ostatecznym rozrachunku jest to bodajże mój ulubiony album grupy z Montesano. Charakteryzuje się idealnym połączeniem dwóch poprzednich wydawnictw. Z Houdini zaczerpnięto wszystko to, co brudne i ciężkie (Goggles, Lacrimosa), a ze Stoner Witch zwiewność i luz (Bar – X – The Rocking M, Tipping the Lion). Wszechobecne na albumach Melvins poczucie humoru wpada tutaj w apogeum, bowiem inaczej, niż „dla jaj” nie da się wyjaśnić powstania takich piosenek, jak Black Bock czy też Cottonmouth. Jeśli dodamy do tego mocny start (The Bit) oraz kilka sympatycznych, ambientowo-awangardowych przerywników (Hide, Yacobs Lab), uzyskujemy album będący wzorową interpretacją i wytłumaczeniem słów samego Osbourne’a. Wg niego teksty Melvins nie mają żadnego drugiego znaczenia, nie mają być poezją, a jedynie nośnikiem dla muzyki. Sam nazywa swój projekt najlepszym zespołem na świecie. W podstawowych założeniach ta grupa ma produkować muzykę dla samego faktu tworzenia, kreacji, zajmowania się dołączaniem do siebie kolejnych dźwięków, bez lirycznych uniesień, „dla jaj”.

Album: The Maggot

Rok wydania: 1999

Średnia ocen na rateyourmusic.com: 3.72

     Wspomniane wyżej wypowiedzi stawiają Melvins w niesamowicie komfortowej sytuacji – nie są rozliczani z żadnego braku konsekwencji, mogą bezkarnie nagrywać jeden album po drugim nie martwiąc się o zachowanie swojego stylu czy zastanawianie się, czy zbliżyli się do geniuszu poprzednich wydawnictw. O dużej samowolce muzyków świadczy wydane trzy lata później The Maggot, które wydaje się być równie ciężką, bardziej awangardową, ale też szybszą wersją Houdini. Całość podzielona jest na 16 krótkich utworów (nie wiadomo czemu, ot tak, bo tak). Cały album jest warty uwagi i trzyma poziom, jednak jako przedsmak całości warto posłuchać kompozycji pierwszej: Amazon, która z początku przypomina szybkie, rockowe granie, by potem przerodzić się w sludge’owego walca.

Etap trzeci

     W 2006 roku, po odejściu basisty Melvins, Kevina Rutmanisa, do zespołu zostaje wcielona cała grupa Big Business składająca się z dwóch osób. Poza operatorem czterech strun do projektu Buzza dołącza jednak… drugi perkusista. Z późniejszych wypowiedzi Osbourne’a wynika, że była to, z perspektywy czasu, najlepsza decyzja, jaką on i Dale Crover mogli podjąć jako zespół.

Album: (A) Senile Animal

Rok wydania: 2007

Średnia ocen na rateyourmusic.com: 3.76

     Pierwszy album nagrany z ekipą Big Business. W efekcie Melvins zyskało nowego basistę, który wpiera przy okazji starszego od siebie Buzza wokalnie oraz drugiego perkusistę. Efekt jest wręcz piorunujący. To zdecydowanie jedno z najlepszych dokonań wpływowego trio, które stało się doskonałym kwintetem. Krążek otwiera znakomite, awangardowe The Talking Horse (z tekstem równie niejasnym jak sam tytuł: The nature of the burning bee means nothing to no way), a za nim rozbrzmiewa znakomite, specyficzne rytmicznie Blood Witch. Reszta albumu składa się z istnej przeplatanki powolnych, progresywnych i nowocześnie brzmiących utworów (Civilized Worm, The Mechanical Bride, A Vast Filthy Prison) z krótkimi petardami utrzymanymi w klimacie humorystycznych utworów Melvins (A History of Drunks, Rat Faced, The Hawk, You’ve been not right). Całość wypada niezwykle dobrze, a sam Buzz Osbourne stwierdził, że jest to jeden z jego ulubionych nagranych przez niego albumów.

Pozostałe wydawnictwa

      Aktualnie Melvins zajmuje się muzyką idącą bardziej w stronę awangardy i zdecydowanie odbiegają od czystej, mocnej i sludge’owej koncepcji. Z wyżyn muzycznych ocenianych w okolicach 3.75 (bardzo wysoko biorąc pod uwagę standardy rateyourmusic.com) spadli do 3.33 przy okazji Nude With Boots (2008), a jeszcze niższe numery widnieją przy następnym albumie, The Bride Screamed Murder (wydany w 2010 roku cieszy się średnią ocen o wysokości zaledwie 3.15). Podobnie sprawa ma się z najnowszym albumem grupy, Freak Puke. Porównując je do znakomitego (A) Senile Animal z 2006 roku można odnieść wrażenie, że panowie stracili moc i pomysły na proste granie chcąc zaszokować słuchacza coraz dziwniejszymi pomysłami w każdym z utworów. Niekiedy się to oczywiście udaje (The Kicking Machine, Nude With Boots, The Water Glass, Evil New War God), jednak w większości przypadków brzmi po prostu nudno i bez polotu.

     Niezależnie od tego, czy analizujemy wzloty czy upadki amerykańskiej formacji nie należy zapominać o gigantycznym wpływie, jaki wywarła ona na muzykę sludge’ową oraz o jej pionerskiej roli w tworzeniu wielu gatunków. To oczywiste, że wielkie zespoły mogą się poszczycić głównie dokonaniami z początku ich kariery, później zaś przechodzą na emeryturę, eksperymentują, bawią się. Można stwierdzić, że po prostu pozwala im na to ich pozycja, to, że po prostu są dinozaurami. Z Melvins niemniej zapoznać się trzeba, pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że warto ich znać na pamięć.

     Nie słucham własnej muzyki – Buzz Osbourne.

Bartosz Pietrzak

melvins.ashx